Od autografów zdobywanych pocztą do wysyłek paletowych
Nazywam się Michał Wyszyński. Moja przygoda z wysyłką, a później także ze sprzedażą, zaczęła się od niewielkich kopert adresowanych do znanych osób z prośbą o autografy. Dziś mam za sobą ponad 15 lat pracy w logistyce i e-commerce oraz doświadczenie w organizowaniu wysyłek najróżniejszych przedmiotów — od zwykłych paczek po materace, lustra, ceramikę łazienkową i towary, przy których bez palety ani rusz.
Pracowałem przy niemal każdym etapie sprzedaży internetowej — od przygotowywania ofert, marketingu i SEO, przez obsługę klientów, zwroty oraz reklamacje, aż po pakowanie zamówień i organizowanie transportu. Blog „Sprzedane, wysłane” stworzyłem, aby zebrać w jednym miejscu praktyczne informacje dla osób, które chcą coś sprzedać, dobrze zapakować i bezpiecznie wysłać.
Wszystko zaczęło się od listów
Pomysł na zbieranie autografów pojawił się zupełnie przypadkiem. W 2006 roku tata zabrał mnie na mecz Korony Kielce z Lechem Poznań. Dla mnie największą atrakcją był sam stadion — otwarta zaledwie kilka miesięcy wcześniej kielecka arena należała wtedy do najnowocześniejszych obiektów piłkarskich w Polsce.
Przyjechaliśmy dużo wcześniej, dlatego jeszcze przed rozpoczęciem meczu mogliśmy zobaczyć z bliska wielu piłkarzy, trenerów i ludzi związanych z rodzimym futbolem. Tata gorąco namawiał mnie, żebym podszedł do kilku z nich po autograf i wspólne zdjęcie. Mimo początkowych oporów w końcu się przełamałem i podszedłem. W ten sposób zdobyłem jedne z pierwszych podpisów znanych mi z telewizji ludzi piłki, wśród których znaleźli się między innymi przyszły selekcjoner reprezentacji Polski Franciszek Smuda oraz strzelec 99 goli w Ekstraklasie — Tomasz Wieszczycki.
Później tata opowiedział mi, że jako młody chłopak sam wysyłał listy do klubów piłkarskich z prośbą o autografy i część z nich rzeczywiście mu odpisywała. Pomyślałem wtedy: skoro jemu się udało, dlaczego ja nie miałbym spróbować?
Zacząłem więc wysyłać własne listy na adresy klubów, stadionów, organizatorów koncertów i planów filmowych. Z czasem zebrałem w ten sposób kilka tysięcy podpisów — od piłkarzy i muzyków po głowy państw.
Każdy taki list oznaczał jednak coś więcej niż samo napisanie kilku zdań. Trzeba było znaleźć właściwy adres, przygotować kopertę, zadbać o przesyłkę zwrotną, a później cierpliwie czekać na odpowiedź. Zupełnie nieświadomie zacząłem wtedy poznawać mechanizmy, które wiele lat później wróciły do mnie w sprzedaży internetowej i e-commerce.
Największym problemem było wtedy zdobycie praktycznych informacji. Przy korespondencji zagranicznej jednym z rozwiązań pozwalających opłacić przesyłkę zwrotną był międzynarodowy kupon na odpowiedź, czyli IRC. Odbiorca listu mógł wymienić taki kupon na znaczki potrzebne do odesłania odpowiedzi. Teoretycznie brzmiało to bardzo prosto.
W praktyce w placówkach pocztowych, do których trafiałem, nikt nie potrafił mi powiedzieć, gdzie taki kupon kupić ani jak z niego skorzystać. Ostatecznie nie udało mi się ich wtedy zdobyć, dlatego osoby odsyłające moje zdjęcia ze swoimi podpisami musiały same pokrywać koszt przesyłki. Do dziś zastanawiam się, ile odpowiedzi więcej otrzymałbym, gdybym znalazł wówczas jedno miejsce, które jasno wyjaśniałoby, co należy zrobić.
Kilka tysięcy autografów później…
Z czasem hobby zaczęło mieć również bardziej praktyczny wymiar. Część autografów sprzedawałem innym kolekcjonerom, a niewielkie koperty z podpisami stały się jednymi z moich pierwszych przesyłek wysyłanych do klientów. Nie nazywałem tego wtedy e-commerce — po prostu wystawiałem przedmioty, odpowiadałem zainteresowanym, pakowałem je i wysyłałem, a zarobione pieniądze reinwestowałem w dalsze powiększanie kolekcji.